Wczoraj spędziłam 7 godzin w szpitalu nic nie robiąc. Spędziłam 7 godzin czekając na profesora – ale się nie doczekałam.
Miałam zacząć ginekologię, ale mimo że byłam ,,autorizzata” , nie mogłam po prostu przyjść pod nieobecność profesora i zacząć się kręcić po jego oddziale; musiałam się ,,avvisare”, tj. zapowiedzieć;) A ponieważ od wczesnego ranka był na sali operacyjnej, cóż, tak wyszło… :]
Na pewno bym nie czekała, tzn. kiedy wyszłam z sekretariatu to musiałam to wszystko dobrze przemyśleć – iść na pediatrię (na której już oficjalnie się pożegnałam), iść do domu i wrócić po południu, iść do domu i nie wracać… (tzn. wrócić następnego dnia), iść sobie po prostu gdzieś, itd. Ale w miejscu gdzie sobie usiadłam w żeby pomyśleć, tj. na skórzanej sofie w dużym patio z wodospadem (poczekalnia do przychodni…) znalazłam na stoliku gazetę. ,,Sette" Corriere della sera – nie mam zielonego pojęcia jakiej opcji hołduje ta gazeta więc nie wiem czy sobie w tym momencie wstydu nie robię;) Ale na maksa mnie wciągnęła. Tak, że kiedy następnym razem spojrzałam na zegarek było prawie 4 h później. Może dlatego, że w gazecie było dużo idiomów, a ja uwielbiam idiomy;) tzn. te które się rzeczywiście współcześnie używa, uważam że nie ma nic bardziej wypasionego w nauce języka obcego niż umiejętność używania tych określeń, które w dosłownym przetłumaczeniu ze słownikiem są kompletnie bez sensu.
Przejdźmy dalej. 7 – 4 to przecież wciąż 3 godziny czekania;)
Pomijając inne drobne zajęcia, jak kawa w wielkim (naprawdę wielkim) szpitalnym barze z kawą (jak dziś odkryłam, jednym z kilku wielkich szpitalnych barów z kawą) trochę czasu spędziłam rozmawiając z panem sekretarzem profesora z gineksów. Pytał się z jakiego miasta jestem. Był w Katowicach (dzięki temu nie pomylił Katowic z Wadowicami, bo na ogół reagują ,,Aaaaa, il paese del Papa!” ,,No no no, Katowice, con kappa”). I w innych miastach też. I opowiadał mi, że w 74 czy 5r. pracował w laboratorium szpitala. Miał wtedy dużo czasu wolnego (hm…) i spędzał go sporo ,,snując się” po szpitalu. Wtedy po raz pierwszy ,,spotkał” Karola Wojtyłę, który jako kardynał przyszedł odwiedzić chorego kolegę. Potem pracownicy szpitala widywali Go jeszcze wiele razy (naturalnie nie mówię tylko o tych, którzy opiekowali się Jego zdrowiem w czasie hospitalizacji), kiedy już jako papież przychodził (,,wymykał się”) z Watykanu żeby poprzebywać z chorymi. Mimo ,,zakazu” wychodzenia bez ochrony. I pan z sekretariatu z piątego piętra wspomina dalej, że nieraz mieli ubaw z ochroniarzy, którzy wpadali do szpitala i szukali Papieża. Z czasem zdarzało się, że pracownicy szpitala sami Go zaczepiali i namawiali do korzystania z ochrony. A szpital nazywano ,,trzecim Watykanem”.
Nie wiem ile w tym jest ,,prawdy historycznej”, nie pytajcie bo nie sprawdzałam w żadnych ,,źródłach’’. To tylko wspomnienia pana z praktyk.
piątek, 23 lipca 2010
środa, 21 lipca 2010
domani
Wobec tego wspomniane domani zostało dniem organizacyjnym.
Miałyśmy bowiem problem – jednym z wymogów Universita’ Cattolica del Sacro Cuore była opłata x. Wysoka i niemożliwa do załatwienia w Polsce. I ,,nieunikniona”. Jednak jedną z rzeczy, które tu lubię, jest duża względność pojęcia ,,nie da się”, ,,to niemożliwe”. Wszystko nabiera innego znaczenia kiedy przestajesz dla Włocha lub Włoszki być abstrakcyjnym człowiekiem skądś tam, a stajesz naprzeciwko jego biurka. Dlatego należy za wszelką cenę nie dać się zbyć, nawet jeżeli ktoś Ci mówi ,,w dobrej wierze”, że ,,nie ma sensu, żebyście tu siedziały, dziewczyny, zanim ja to załatwię idźcie lepiej na spacer”. Akurat… Nie nie, chętnie posiedzimy, przynajmniej lepiej zrozumiemy całą tę sytuację.
I nie wgłębiając się w szczegóły, miałyśmy zapłacić kwotę x, bez której nie byłoby w ogóle możliwe, żebyśmy weszły na oddział. Po 15 telefonach, które wykonała dla nas pani w sekretariacie, której biurko ,,okupowałyśmy”, stanęło na tym, że możemy zapłacić kwotę x/10, a póki tego nie zrobimy, żeby nie tracić czasu możemy rozpocząć praktyki od zaraz (za ,,specjalną autoryzacją pana dyrektora” oczywiścieJ )
Praktyki – ja pediatria, Kama gineksy. Ginekologia – podobno różnie, nieraz nudno, zobaczymy, przenoszę się tam jutro. Pediatria – dość ciekawie, tzn. szpital jak szpital, ale dość ciekawe przypadki i sporo się nauczyłam, w dużej mierze za sprawą tego, że jeden z profesorów postanowił mi na każdy dzień zadać jakiś temat i mnie przepytywał. Poza tym jestem zachwycona podejściem większości lekarzy, tzn. podoba mi się, że pediatria nie jest okupowana, z całym szacunkiem, przez ,,delikatne panie które kochają dzieci”, ale raczej zajmują się nią lekarze obojga płci, którzy krótko mówiąc mają z tego niezły ubaw. Oczywiście wiedza wiedzą i nauka nauką, ale śmieją się sami z siebie i z dzieciaków, w tak bezpośredni sposób, że najbardziej przestraszone szpitalem dziecko czeka na wizytę jak na dobrą zabawę. Poza tym oddziały pediatryczne są odwiedzane raz czy dwa razy w tygodniu ,,Dottori Clown”, wolontariusze poprzebierani na kolorowo, ale z fartuchem i całym oprzyrządowaniem własnych narzędzi do badania i leczenia. Coś jak nasz ifmsowski szpital pluszowego misia tylko z dużą systematycznością współpracujący z oddziałami.
To póki co tyle, następnym razem będzie mniej naukowo, przynajmniej taki mam plan:)
Miałyśmy bowiem problem – jednym z wymogów Universita’ Cattolica del Sacro Cuore była opłata x. Wysoka i niemożliwa do załatwienia w Polsce. I ,,nieunikniona”. Jednak jedną z rzeczy, które tu lubię, jest duża względność pojęcia ,,nie da się”, ,,to niemożliwe”. Wszystko nabiera innego znaczenia kiedy przestajesz dla Włocha lub Włoszki być abstrakcyjnym człowiekiem skądś tam, a stajesz naprzeciwko jego biurka. Dlatego należy za wszelką cenę nie dać się zbyć, nawet jeżeli ktoś Ci mówi ,,w dobrej wierze”, że ,,nie ma sensu, żebyście tu siedziały, dziewczyny, zanim ja to załatwię idźcie lepiej na spacer”. Akurat… Nie nie, chętnie posiedzimy, przynajmniej lepiej zrozumiemy całą tę sytuację.
I nie wgłębiając się w szczegóły, miałyśmy zapłacić kwotę x, bez której nie byłoby w ogóle możliwe, żebyśmy weszły na oddział. Po 15 telefonach, które wykonała dla nas pani w sekretariacie, której biurko ,,okupowałyśmy”, stanęło na tym, że możemy zapłacić kwotę x/10, a póki tego nie zrobimy, żeby nie tracić czasu możemy rozpocząć praktyki od zaraz (za ,,specjalną autoryzacją pana dyrektora” oczywiścieJ )
Praktyki – ja pediatria, Kama gineksy. Ginekologia – podobno różnie, nieraz nudno, zobaczymy, przenoszę się tam jutro. Pediatria – dość ciekawie, tzn. szpital jak szpital, ale dość ciekawe przypadki i sporo się nauczyłam, w dużej mierze za sprawą tego, że jeden z profesorów postanowił mi na każdy dzień zadać jakiś temat i mnie przepytywał. Poza tym jestem zachwycona podejściem większości lekarzy, tzn. podoba mi się, że pediatria nie jest okupowana, z całym szacunkiem, przez ,,delikatne panie które kochają dzieci”, ale raczej zajmują się nią lekarze obojga płci, którzy krótko mówiąc mają z tego niezły ubaw. Oczywiście wiedza wiedzą i nauka nauką, ale śmieją się sami z siebie i z dzieciaków, w tak bezpośredni sposób, że najbardziej przestraszone szpitalem dziecko czeka na wizytę jak na dobrą zabawę. Poza tym oddziały pediatryczne są odwiedzane raz czy dwa razy w tygodniu ,,Dottori Clown”, wolontariusze poprzebierani na kolorowo, ale z fartuchem i całym oprzyrządowaniem własnych narzędzi do badania i leczenia. Coś jak nasz ifmsowski szpital pluszowego misia tylko z dużą systematycznością współpracujący z oddziałami.
To póki co tyle, następnym razem będzie mniej naukowo, przynajmniej taki mam plan:)
poniedziałek, 12 lipca 2010
1 lipca
Rzym.
W pierwszy dzień, samolot o szóstej rano i po dwóch godzinach we Włoszech. Trafienie do miejsca w którym miałyśmy zamieszkać jeszcze nigdy nie poszło mi tak gładko i w czasie pewnie krótszym niż potrzebny na niektóre ,,wyjazdy słonecznikowe” taty znalazłyśmy się w ,,naszym” miejscu na najbliższe trzy miesiące, w centrum miasta, w dzielnicy Trastevere – z akcentem na pierwsze ,,e”, co piszę dlatego, żebyście mogli wypowiedzieć sobie to słowo na głos i zauważyć, jak pięknie brzmi!
Przyjechałyśmy, przywitałyśmy się z Naszymi Szanownymi Gospodarzami, którym niniejszym jeszcze raz bardzo dziękujemy za gościnę;) I jak najszybciej poszłyśmy na uczelnię.
Wielki szpital, o dziwnej konstrukcji – wchodząc głównym wejściem, bez żadnych schodów, trafiasz na czwarte piętro. Jeżeli tego nie zauważysz, szukanie wyjścia ze szpitala na parterze może stanowić mały problem...
Gorąco. W ten pierwszy dzień chodzenia po kampusie spuchły nam ręce.
Niewiele załatwiłyśmy, bo o tej porze, tj. w porze obiadu, w biurach nie było nikogo kto mógłby się zająć naszymi sprawami, więc wszystko zostało odłożone na ,,domani” (jutro).
Wieczorem, po wspaniałej kolacji złożonej głównie z dwóch mich świeżej rukoli, pomidorów i sałaty z oliwą i bardzo aromatycznym octem winnym wyszłam na chwile na balkon. Około dziesiątej wieczorem stałam boso na rozgrzanych płytkach i słuchałam – skuterów, klaksonów (nieuniknionych kiedy ulicą jednopasmową jadą koło siebie dwa samochody, a czasem i trzy, wyprzedza je skuter, piesi przechodzą gdzie chcą i kiedy chcą… Ludzi rozmawiających głośno przy zajmujących całą szerokość chodnika kawiarnianych stolikach. Starszych panów z naprzeciwległych balkonów ,,rozmawiających” ze sobą ponad drogą. I pomyślałam sobie, że bardzo to lubię. I poczułam się szczęśliwa w takim miejscu, mając za sobą sesję: ) a przed sobą perspektywy mieszkania w tym mieście – bo myślę, że trzy miesiące można już tak nazwać – praktyk w wymarzonym szpitalu, wyzwanie jakim bądź co bądź będzie posługiwanie się wciąż jeszcze ,,świeżym” dla nas językiem w kontakcie z pacjentami i personelem…
A ponieważ wciąż wisiało nad nami ciemne widmo formalności i to naprawdę ważnych i ,,nieuniknionych” - a chwilowo nierozwiązywalnych - na koniec pomyślałam sobie jeszcze, że zrobię wszystko, żeby w jakiś sposób tu zostać tego lata.
W pierwszy dzień, samolot o szóstej rano i po dwóch godzinach we Włoszech. Trafienie do miejsca w którym miałyśmy zamieszkać jeszcze nigdy nie poszło mi tak gładko i w czasie pewnie krótszym niż potrzebny na niektóre ,,wyjazdy słonecznikowe” taty znalazłyśmy się w ,,naszym” miejscu na najbliższe trzy miesiące, w centrum miasta, w dzielnicy Trastevere – z akcentem na pierwsze ,,e”, co piszę dlatego, żebyście mogli wypowiedzieć sobie to słowo na głos i zauważyć, jak pięknie brzmi!
Przyjechałyśmy, przywitałyśmy się z Naszymi Szanownymi Gospodarzami, którym niniejszym jeszcze raz bardzo dziękujemy za gościnę;) I jak najszybciej poszłyśmy na uczelnię.
Wielki szpital, o dziwnej konstrukcji – wchodząc głównym wejściem, bez żadnych schodów, trafiasz na czwarte piętro. Jeżeli tego nie zauważysz, szukanie wyjścia ze szpitala na parterze może stanowić mały problem...
Gorąco. W ten pierwszy dzień chodzenia po kampusie spuchły nam ręce.
Niewiele załatwiłyśmy, bo o tej porze, tj. w porze obiadu, w biurach nie było nikogo kto mógłby się zająć naszymi sprawami, więc wszystko zostało odłożone na ,,domani” (jutro).
Wieczorem, po wspaniałej kolacji złożonej głównie z dwóch mich świeżej rukoli, pomidorów i sałaty z oliwą i bardzo aromatycznym octem winnym wyszłam na chwile na balkon. Około dziesiątej wieczorem stałam boso na rozgrzanych płytkach i słuchałam – skuterów, klaksonów (nieuniknionych kiedy ulicą jednopasmową jadą koło siebie dwa samochody, a czasem i trzy, wyprzedza je skuter, piesi przechodzą gdzie chcą i kiedy chcą… Ludzi rozmawiających głośno przy zajmujących całą szerokość chodnika kawiarnianych stolikach. Starszych panów z naprzeciwległych balkonów ,,rozmawiających” ze sobą ponad drogą. I pomyślałam sobie, że bardzo to lubię. I poczułam się szczęśliwa w takim miejscu, mając za sobą sesję: ) a przed sobą perspektywy mieszkania w tym mieście – bo myślę, że trzy miesiące można już tak nazwać – praktyk w wymarzonym szpitalu, wyzwanie jakim bądź co bądź będzie posługiwanie się wciąż jeszcze ,,świeżym” dla nas językiem w kontakcie z pacjentami i personelem…
A ponieważ wciąż wisiało nad nami ciemne widmo formalności i to naprawdę ważnych i ,,nieuniknionych” - a chwilowo nierozwiązywalnych - na koniec pomyślałam sobie jeszcze, że zrobię wszystko, żeby w jakiś sposób tu zostać tego lata.
wtorek, 6 lipca 2010
....i ,,nowy początek":)
No i stało się - nazwa tego bloga się zdezaktualizowała! Nie spodziewałam się tego... Na samym początku. Potem już tak:) W końcu to, że w roku 2010 znowu jestemy we Włoszech to nie przypadek, tylko efekt długich starań.
Wobec tego z przyjemnoscią witam z Rzymu! Mój pierwszy pomysł, który narodził się jeszcze w Bari: ,,pojadę sama, to będę sobie mówić tylko po włosku przez cały wyjazd!" Ale kilka miesięcy później moja amica mówi ,,Aniu, a powiedz szczerze, nie byłabys zła jakbym też pojechała?" Hmmmmm... :) To co miałam powiedzieć;) Koniec końców oczywicie bardzo się cieszę, skutkiem czego jestemy tutaj razem z moją K.Romą (drugie imię).
Tutaj, to znaczy - robimy praktyki w Policlinico Universitario Agostino Gemelli. Nieźle brzmi co? Szpital ogromny, szpital - fabryka. Jestesmy tu od tygodnia, w tym od trzech dni chodzimy na zajęcia, więc włascwie nie możemy powiedzieć wiele. Ale na pierwszy rzut oka rzeczywistosć nie ,,robi szału" aż tak bardzo jak nazwa szpitala;) Zobaczymy. Wkrótce zamiescimy zdjęcia. Jest oczywiscie rozbudowany, ciekawi pacjenci, badania wszelkiego typu dostępne na miejscu. Personel oczywiscie przyjmuje nas miło, ale nie aż z taką serdecznoscią jak w Bari.
To tyle tytułem wstepu, nie będę lać wody bo jakos nie mogę się teraz rozkręcić. Do następnego posta:)
Wobec tego z przyjemnoscią witam z Rzymu! Mój pierwszy pomysł, który narodził się jeszcze w Bari: ,,pojadę sama, to będę sobie mówić tylko po włosku przez cały wyjazd!" Ale kilka miesięcy później moja amica mówi ,,Aniu, a powiedz szczerze, nie byłabys zła jakbym też pojechała?" Hmmmmm... :) To co miałam powiedzieć;) Koniec końców oczywicie bardzo się cieszę, skutkiem czego jestemy tutaj razem z moją K.Romą (drugie imię).
Tutaj, to znaczy - robimy praktyki w Policlinico Universitario Agostino Gemelli. Nieźle brzmi co? Szpital ogromny, szpital - fabryka. Jestesmy tu od tygodnia, w tym od trzech dni chodzimy na zajęcia, więc włascwie nie możemy powiedzieć wiele. Ale na pierwszy rzut oka rzeczywistosć nie ,,robi szału" aż tak bardzo jak nazwa szpitala;) Zobaczymy. Wkrótce zamiescimy zdjęcia. Jest oczywiscie rozbudowany, ciekawi pacjenci, badania wszelkiego typu dostępne na miejscu. Personel oczywiscie przyjmuje nas miło, ale nie aż z taką serdecznoscią jak w Bari.
To tyle tytułem wstepu, nie będę lać wody bo jakos nie mogę się teraz rozkręcić. Do następnego posta:)
sobota, 27 lutego 2010
Koniec!
Jak wspominałam, już jestem w domu.
Co do Malty przypomniało mi się jeszcze, jak wracałyśmy promem z Gozo - w promowym barze siedzieli koło nas Włosi. I co robili? Bawili się komórkami. Faceci w wieku 30-45 lat z radością nastolatków szpanujących nowymi gadżetami puszczali z komów muze i kiwali się przy niej jak do rapu.
Muzykę operową.
Ciekawe, że Włoszki są zawsze takie nerwowe, a Włosi tacy wyluzowani. Może pierwsze jest wynikiem drugiego...
Tak czy siak teraz już ,,w doma", trza sie zacząć uczyć do egzaminów! Jak to powiedziała moja przyjaciółka ,,Już? Aaaaa no tak no tak, interna JUŻ za kilka miesięcy..."
W każdym razie Italia jest piękna, ,,unica fra tante" (jedyna wśród tylu). I wciągająca, szczególnie kiedy można łatwo dać się wciągnąć znając język. Tak bardzo, że chciałoby się poznać metr po metrze każdy zakątek.
Przynajmniej ja bym chciała:)
A! tzw P.S.: wrzucam jeszcze zdjęcia. Polecam karnawał w Putignano.
Co do Malty przypomniało mi się jeszcze, jak wracałyśmy promem z Gozo - w promowym barze siedzieli koło nas Włosi. I co robili? Bawili się komórkami. Faceci w wieku 30-45 lat z radością nastolatków szpanujących nowymi gadżetami puszczali z komów muze i kiwali się przy niej jak do rapu.
Muzykę operową.
Ciekawe, że Włoszki są zawsze takie nerwowe, a Włosi tacy wyluzowani. Może pierwsze jest wynikiem drugiego...
Tak czy siak teraz już ,,w doma", trza sie zacząć uczyć do egzaminów! Jak to powiedziała moja przyjaciółka ,,Już? Aaaaa no tak no tak, interna JUŻ za kilka miesięcy..."
W każdym razie Italia jest piękna, ,,unica fra tante" (jedyna wśród tylu). I wciągająca, szczególnie kiedy można łatwo dać się wciągnąć znając język. Tak bardzo, że chciałoby się poznać metr po metrze każdy zakątek.
Przynajmniej ja bym chciała:)
A! tzw P.S.: wrzucam jeszcze zdjęcia. Polecam karnawał w Putignano.
wtorek, 23 lutego 2010
Malta 4
Od naszego wyajzdu na Maltę minęło już tak naprawdę sporo czasu i nie będę ,,ściemniać" - jestem juz w domu, niestety daleko od Italii, o Malcie już w ogóle nie mówiąc.
W związku z tym tylko kilka ,,wspomnień podsumowujących".
Malta ogólnie jest piękna i tyle;) Na pewno w sezonie letnim tak zdeptana, że trudno to zauważyć. Ale obdarzona takim pięknem przyrody i tak wciągającą mieszanką kultur, że warto zobaczyć. W czasie naszych kilku maltańskich dni ci turyści, których się obawiałam w pierwszy wieczór w autobusie jakoś tak wsiąkli, że przez następne pare dni ,,wpadłyśmy" tylko na kilku w sumie, a ogólnie słychać było prawie wyłącznie język maltański i nic nie zakłócało ,,odbioru" wyspy;)
A propos maltańskiego - zwyciężyła Kamciatka, po dwóch dniach treningu udało jej się wyrzucić z siebie tak gardłowe, profesjonalne ,,sah'ha" (do widzenia), że kierowca, kiedy wysiadałyśmy z kolejnego rozklekotanego pomarańczowego autobusu nawet się nie zająknął, bez mrugnięcia okiem powiedział sah'ha i już!
Wieczorem w drugi dzień i ostatniego dnia zwiedzałyśmy Valettę, zachwycającą. Przepoiękne miasto kolorowych starych, kamienic z fasadami zniszczonymi palącym słońcem. Ulice przecinające się idealnie pod kątem prostym, lecz biegnące w dół i w górę po stromych ,,garbach", tak że stojąc na skrzyżowaniu widzisz daleko po horyzont dynamiczną, falującą geometrię i daleko daleko wody i statki Grand Harbour. Zbiega się w tym mieście to co tworzy niezwykły klimat wyspy - kolorowe drewniane balkony, czerwone budki telefoniczne, piękne kamienice, stara dobra Anglia i w każdym zaułku, podwórku między budynkami palmy, opuncje, agawy, czerwona ziemia, nadmorskie klify, woda naprawdę błękitna jak na podrasowanych photoshopem folderach biur turystycznych, ogrom przestrzeni na Gozo, gdzie wokół wielkiego Santuario ta'Pinu z piaskowca ciągną się tarasy pól odgrodzonych od siebie białymi kamiennymi murkami i zaroślami opuncji.
Pamiętam jeszcze jak wracając wieczorem z Valetty do naszej Msidy gdzie miałyśmy hostel zgubiłyśmy się po raz któryś, Chodzimy, chodzimy, po mieście, noc, pusto i nie ma kogo zapytać. Próbujmey sobie przypomnieć drogę, jak to było, ale ciągle coś się nie zgadza: ,,O!! Patrzcie. Koło Porsche nigdy nie przochodziłyśmy... Ale chodźmy zobaczmy, skoro tu już jesteśmy!" :)))
W związku z tym tylko kilka ,,wspomnień podsumowujących".
Malta ogólnie jest piękna i tyle;) Na pewno w sezonie letnim tak zdeptana, że trudno to zauważyć. Ale obdarzona takim pięknem przyrody i tak wciągającą mieszanką kultur, że warto zobaczyć. W czasie naszych kilku maltańskich dni ci turyści, których się obawiałam w pierwszy wieczór w autobusie jakoś tak wsiąkli, że przez następne pare dni ,,wpadłyśmy" tylko na kilku w sumie, a ogólnie słychać było prawie wyłącznie język maltański i nic nie zakłócało ,,odbioru" wyspy;)
A propos maltańskiego - zwyciężyła Kamciatka, po dwóch dniach treningu udało jej się wyrzucić z siebie tak gardłowe, profesjonalne ,,sah'ha" (do widzenia), że kierowca, kiedy wysiadałyśmy z kolejnego rozklekotanego pomarańczowego autobusu nawet się nie zająknął, bez mrugnięcia okiem powiedział sah'ha i już!
Wieczorem w drugi dzień i ostatniego dnia zwiedzałyśmy Valettę, zachwycającą. Przepoiękne miasto kolorowych starych, kamienic z fasadami zniszczonymi palącym słońcem. Ulice przecinające się idealnie pod kątem prostym, lecz biegnące w dół i w górę po stromych ,,garbach", tak że stojąc na skrzyżowaniu widzisz daleko po horyzont dynamiczną, falującą geometrię i daleko daleko wody i statki Grand Harbour. Zbiega się w tym mieście to co tworzy niezwykły klimat wyspy - kolorowe drewniane balkony, czerwone budki telefoniczne, piękne kamienice, stara dobra Anglia i w każdym zaułku, podwórku między budynkami palmy, opuncje, agawy, czerwona ziemia, nadmorskie klify, woda naprawdę błękitna jak na podrasowanych photoshopem folderach biur turystycznych, ogrom przestrzeni na Gozo, gdzie wokół wielkiego Santuario ta'Pinu z piaskowca ciągną się tarasy pól odgrodzonych od siebie białymi kamiennymi murkami i zaroślami opuncji.
Pamiętam jeszcze jak wracając wieczorem z Valetty do naszej Msidy gdzie miałyśmy hostel zgubiłyśmy się po raz któryś, Chodzimy, chodzimy, po mieście, noc, pusto i nie ma kogo zapytać. Próbujmey sobie przypomnieć drogę, jak to było, ale ciągle coś się nie zgadza: ,,O!! Patrzcie. Koło Porsche nigdy nie przochodziłyśmy... Ale chodźmy zobaczmy, skoro tu już jesteśmy!" :)))
czwartek, 18 lutego 2010
Malta 3
jejjj, przepraszam za te zastoje, obowiązki.
Malta w każdym razie, Valetta.
Targ z wszystkim, okulary przeciwsłoneczne, wosk pszczeli, chińskie ciuchy, pirackie płyty, pamiątki. słodycze oraz wszelkiego typu ,,pamiątkowe" starocie. Połaziłyśmy, najciekawsza rzecz na targu to sposób, jak kierowcy samochodów dostawczych jeżdżą pomiędzy straganami - składając lusterka i muskając wiszące na wieszakach po obu stronach ciuchy.
Wsiadamy w pomarańczowy busik z wykaligrafowanym na niebiesko koło drzwi napisem ,,Welcome aboard". Jedziemy do Marsaxlokk, po drodze mijamy Gudja, Gaxaq, Birzebbuga:D Te nazwy nie przestaną mnie zachwycać. Krajobrazy żeby nie przynudzać, lepiej zobaczyć zdjęcia, ogółem charakterystyczne kamienice z zabudowanymi balkonami, może to ma nawet jakąs bardziej profesjonalną nazwę. Kolorowe fasady z odpryskującą farbą, wyblakłe od słońca ale bardzo ładne. W ogródkach pomarańcze, mandarynki, opuncje, palmy, coś co wygląda jak wielkie gwiazdy betlejemskie.
W Marsaxlokk również targ. Rozłożone nad samą zatoką. metr od wody kramy. Oczywiście zalew chińskiej tandety, plus trzy ciekawsze rzeczy: pomiędzy stoiskiem z butami za 5 euro za parę a dywanami w podobnych cenach usadowił się i wrzeszczy na sto sposobów kramik zoologiczny - parę gatunków gryzoni, mnóstwo ptaków przede wszystkim papugi, moje nieprofesjonalne spojrzenie rozpoznaje tylko czerwone ary i soczyście zielone amazonki. na centralnym miejsu stoi an jednej nodze sowa i śpi. Kolorowy kalejdoskop, bójki pomiędzy ptakami i latające pióra. Podobały nam się też - jak zwykle - budki z rybami i owocami morza, w najświeższej ruszającej się postaci, w związku z tym pachnące intensywnym zapachem morza. No i na koniec coś pysznego:) Budka z na bieżąco smażoną smakowitością: imqaret (czyt. imarat). Jest to prostokątne, płaskie zawijane kruche ciastko, podawane na gorąco, z dżemem daktylowym w środku. Rewelacja, szkoda że nie udało nam się już go później znaleźć w innych miejscach.
Po spenetrowaniu targowiska przespacerowałyśmy się po porcie i centrum tej małej miejscowości. Przyjemny klimat tworzyło to, że w ogródkach wszystkich małych restauracyjek było tłoczno od ludzi zajadających się potrawami które wyglądały jakby na jeden talerz ktoś nawrzucał z górką tyle ile się zmieści, żeby nie spadło makaronu, świeżych warzyw i różnego rodzaju morskim stworzeń. Ludzie siedząc jeden przy drugim, żeby zmieściło się więcej stolików, tak że nieraz kelner podawał pierwszemu talerz przeznaczony dla kogoś zupełnie innego i klienci podawali sobie wzajemnie zamówienia, krzyczeli do siebie w tym przedziwnym języku jak najgłośniej.
Tego dnia po południu odwiedziłyśmy jeszcze Mdinę - od ,,Medyna", czyli ,,miasto". Najstarsze zresztą na wyspie, wpisane na listę UNESCO ze względu na zamkniętą w murach starówkę, słusznie zwaną ,,silent city" - labirynt bardzo ciasnych uliczek, wszystko w żółtym piaskowcu, wyjątkowo spokojna atmosfera. Wiem, to co piszę w tym momencie nie jest absolutnie odkrywcze, ale tak tam po prostu jest - przyjemnie, spojonie, labiryntowo.
Wieczorem w drodze powrotnej do Msidy zatrzymałyśmy się w Valetcie, ale to miejsce zdeptamy bardziej jutro.
Malta w każdym razie, Valetta.
Targ z wszystkim, okulary przeciwsłoneczne, wosk pszczeli, chińskie ciuchy, pirackie płyty, pamiątki. słodycze oraz wszelkiego typu ,,pamiątkowe" starocie. Połaziłyśmy, najciekawsza rzecz na targu to sposób, jak kierowcy samochodów dostawczych jeżdżą pomiędzy straganami - składając lusterka i muskając wiszące na wieszakach po obu stronach ciuchy.
Wsiadamy w pomarańczowy busik z wykaligrafowanym na niebiesko koło drzwi napisem ,,Welcome aboard". Jedziemy do Marsaxlokk, po drodze mijamy Gudja, Gaxaq, Birzebbuga:D Te nazwy nie przestaną mnie zachwycać. Krajobrazy żeby nie przynudzać, lepiej zobaczyć zdjęcia, ogółem charakterystyczne kamienice z zabudowanymi balkonami, może to ma nawet jakąs bardziej profesjonalną nazwę. Kolorowe fasady z odpryskującą farbą, wyblakłe od słońca ale bardzo ładne. W ogródkach pomarańcze, mandarynki, opuncje, palmy, coś co wygląda jak wielkie gwiazdy betlejemskie.
W Marsaxlokk również targ. Rozłożone nad samą zatoką. metr od wody kramy. Oczywiście zalew chińskiej tandety, plus trzy ciekawsze rzeczy: pomiędzy stoiskiem z butami za 5 euro za parę a dywanami w podobnych cenach usadowił się i wrzeszczy na sto sposobów kramik zoologiczny - parę gatunków gryzoni, mnóstwo ptaków przede wszystkim papugi, moje nieprofesjonalne spojrzenie rozpoznaje tylko czerwone ary i soczyście zielone amazonki. na centralnym miejsu stoi an jednej nodze sowa i śpi. Kolorowy kalejdoskop, bójki pomiędzy ptakami i latające pióra. Podobały nam się też - jak zwykle - budki z rybami i owocami morza, w najświeższej ruszającej się postaci, w związku z tym pachnące intensywnym zapachem morza. No i na koniec coś pysznego:) Budka z na bieżąco smażoną smakowitością: imqaret (czyt. imarat). Jest to prostokątne, płaskie zawijane kruche ciastko, podawane na gorąco, z dżemem daktylowym w środku. Rewelacja, szkoda że nie udało nam się już go później znaleźć w innych miejscach.
Po spenetrowaniu targowiska przespacerowałyśmy się po porcie i centrum tej małej miejscowości. Przyjemny klimat tworzyło to, że w ogródkach wszystkich małych restauracyjek było tłoczno od ludzi zajadających się potrawami które wyglądały jakby na jeden talerz ktoś nawrzucał z górką tyle ile się zmieści, żeby nie spadło makaronu, świeżych warzyw i różnego rodzaju morskim stworzeń. Ludzie siedząc jeden przy drugim, żeby zmieściło się więcej stolików, tak że nieraz kelner podawał pierwszemu talerz przeznaczony dla kogoś zupełnie innego i klienci podawali sobie wzajemnie zamówienia, krzyczeli do siebie w tym przedziwnym języku jak najgłośniej.
Tego dnia po południu odwiedziłyśmy jeszcze Mdinę - od ,,Medyna", czyli ,,miasto". Najstarsze zresztą na wyspie, wpisane na listę UNESCO ze względu na zamkniętą w murach starówkę, słusznie zwaną ,,silent city" - labirynt bardzo ciasnych uliczek, wszystko w żółtym piaskowcu, wyjątkowo spokojna atmosfera. Wiem, to co piszę w tym momencie nie jest absolutnie odkrywcze, ale tak tam po prostu jest - przyjemnie, spojonie, labiryntowo.
Wieczorem w drodze powrotnej do Msidy zatrzymałyśmy się w Valetcie, ale to miejsce zdeptamy bardziej jutro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)